Zapraszamy do lektury

tekstów pisanych przez uczniów naszego gimnazjum.
Wszystkich, którzy odkryli w sobie talent literacki i szukają możliwości prezentacji swojej twórczości zachęcamy do publikacji pisanych przez siebie utworów.

 Nowe Prace naszych uczniów:

autor: Maciej Tomczyk, IIB "Ósma planeta ..." (02.01.2017)

autor: Jakub Leszcz, II E "Z pieśni lechickiego aoida" (02.01.2017)

autor: Weronika Sałajczyk II E "Magiczna Hiszpania" (07-11-2016)

autor: Robert Woźniak IIB "Z dziennika podróżnika" (07-11-2016)

Bajki (05-04-2016)

Hilar przeróbka (05-04-2016)


Ignacy Krasicki – patron naszego gimnazjum, wielka osobowość epoki oświecenia – to autor wielu bajek, satyr, poematów, pierwszej polskiej powieści. Pisywał do „Zabaw Przyjemnych i Pożytecznych” - tygodnika publikowanego w Warszawie w latach 1770-1777, pierwszego polskiego czasopisma literackiego.

Świadomi tej tradycji pragniemy tworzyć swoje własne Literackie zabawy przyjemne i pożyteczne.

Zapraszamy do współpracy uczniów naszej szkoły. Każdy może zamieścić tu swój literacki czy publicystyczny tekst …  IM

Naszym pierwszym i specjalnym Gościem jest oczywiście … XBW (Książę Biskup Warmiński), czyli Ignacy Krasicki.

 

„Nie wszystko złoto, co się świeci z góry,

Ani ten śmiały, co się zwierzchnie sroży;

Zewnętrzna postać nie czyni natury,

Serce nie odzież, ośmiela lub trwoży.”

XBW Monachomachia

 

„Ubezpieczona w niewinności swojej

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi.”

XBW Antymonachomachia

 

„Mimo tak wielkiej płci naszej zalety

My rządzim światem, a nami kobiety.”

XBW Myszeida

„Minęły czasy szczęśliwej prostoty,

Trzeba się uczyć, upłynął wiek złoty!”

XBW Monachomachia

 

„I śmiech niekiedy może być nauką,

Kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa.”

XBW Monachomachia

 

„Szanujmy mądrych, przykładnych, chwalebnych,

Śmiejmy się z głupich, choć i przewielebnych.”

XBW Monachomachia


Marzenia
Każdy ma jakieś marzenia,
czasem są one nie do zliczenia.
Bo,  gdy ktoś ich nie ma,
jego życie to wielka ściema.
Arek Bartyś I B

.............

***
Co za życie bez oglądania telewizji?
Nuda! Potworna nuda i jeszcze raz nuda!
Nie można żyć, nie można spać , jest bardzo smutno.
TV, oszczędź nam takiego nudnego życia?!
Maciej Bełc IB

.................

Uczniowie, co macie takie smętne miny?
Wasi rodzice z wywiadówki wrócili?
O złych ocenach się dowiedzieli?
A wyście im jak najszybciej zwiali?
No cóż, nie od dziś już wiadomo;
Że wywiadówka  to samo zło.
Tomasz Frączek IB

......

Na szkołę
Szkoło, nauko, lekcje Wy moje,
czasem się Was ogromnie boję!
Gdy szkoło ochoty do Ciebie nabędę,
z wielką chęcią do Ciebie przybędę.
Jakub Świderek IB

..............................................

Na ucznia
Bycie uczniem to nie jest łatwa sprawa.
Do szkoły trzeba chodzić i lekcje wciąż odrabiać.
Non stop sprawdziany, klasówki, odpytywanie,
a gdzie rozrywka, zabawa, leniuchowanie?
Jakub Świderek I B
...........................

Takie czasy...
Uczniu, siądź przy komputerze, a odpocznij sobie.
Niepotrzebna ci wiedza, przyrzekam ja tobie.
 Zamiast wkładać do głowy daty czy formułki,
Wszystko znajdziesz za pomocą, myszki-przyjaciółki.
Kacper Jankowski I B
..............

Na piłkarzy
Nasi piłkarze grają wspaniale
ich rywale marzą o finale
Kuba Błaszczykowski nieźle biega
więc do pomocy wstawić go trzeba
cała drużyna włącza powera
na pewno nie przegramy do zera
Dawid Jasiński I B

...........

Na szkołę
szkoła szkoła
w kółko szkoła
to jest dola
moja szkoła
Marek Kołak I B

....................

Miód jest słodki
Miód jest zdrowy
Na smuteczki
I ból głowy
Lecz gdy zjesz
Go dziś w nadmiarze
Własny brzuch
Cię wnet ukarze.
Adrian Magdziarczyk I B

...............

Matematyk nasz kochany.
Ciągle robi nam sprawdziany.
I tłumaczy nam z przejęciem,
że kartkówek dużo będzie.
Łukasz Stołowski I B
............................

Na weterynarza

Lubi psy i koty,
a najbardziej psoty.
Ratuje zwierzęta,
nie je ryb na święta.
Jarosław Witerek I B


Na ucznia…

Do szkoły zawsze chętnie chodzimy

W plecakach ciężkie książki nosimy

Szkoła uczy bawi i poznaje

W niej się różne oceny dostaje

W szkole dużo wiedzy pochłaniamy

Dlatego wiele czasu w niej spędzamy

Trzeba się zawsze pilnie uczyć

Aby w przyszłości myślami do szkoły powrócić

Eryk Święcicki IB

 

 

 Warto obejrzeć

   "Opowieści z Narni -Lew, czarownica i stara szafa" to film fantastyczno-przygodowy, wyreżyserowany w roku 2005 w Stanach Zjednoczonych przez Andrewa Adamsona na podstawie książki C.S Lewisa. Głównymi bohaterami są: Zuzanna, Edmund, Aslan, Piotr, Łucja. Akcja zaczyna się podczas podczas wojny, kiedy rodzina Pevensie chowa się w schronie. Następnie dzieci jadą do starego domu profesora Kirke. Tam odkrywają coś dziwnego - drzwi do innego świata. 

      Myślę, że film jest wart obejrzenia. Ma ciekawą fabułę, barwną akcję oraz wywołuje wzruszenie. Mogliby dodać wątek miłosny ,ale poza tym film świetny.

      Polecam gorąco !

 

Eryk Święcicki IB

 

???

  Było ciemno. Strach paraliżował mnie od środka. Byłam dzielna. Przynajmniej tak sobie wmawiałam. Wracałam od koleżanki. Było po 22 , a ja  skąpo ubrana,bez swetra biegłam przez mroczny park. Minęło mnie kilku ubranych w dresy. Nawet coś wołali , ale ja nie słyszałam. W końcu dobiegłam do klatki. Szukałam klucza , lecz nie mogłam go znaleźć.
W tym momencie usłyszałam     ,, brzdęk " i głośne : ,, Szukasz czegoś ?!". 

    Odwróciłam się przerażona. Stał tam on - duch...Tak…, taki prawie przezroczysty , z czarnymi oczami i latającymi kluczami. Moimi kluczami. Czułam , że za chwilę eksploduję. Zaczęłam uciekać. W głowie kotłowały się tysiące myśli. Bałam się , byłam ciekawa , a jednocześnie chciało mi się płakać. Byłam bezbronna...!
     W końcu, zmęczona ciągłym biegiem, przysiadłam na ławce nieopodal. Był tam znowu ten duch. Zamknęłam oczy. Na oślep znowu zaczęłam biec. A może otworzyłam oczy....... Nie mam pojęcia. Stres i strach zapanował nad moim ciałem. Gdyby ktoś kazał mi opowiedzieć, co czułam w tamtej chwili, odpowiedziałabym: ,, nicość".
      Otworzyłam oczy. Byłam pod klatką , na ziemi leżały klucze. Moje klucze. To było straszne przeżycie.

Natalia Więcek I E

 


Nibyladnia, dn. 15.02.2015r.

Ukochany Puchatku!

Witaj, mam na imię Ola. Mieszkam w małej miejscowości położonej nieopodal Nibyladnii. W tym roku kończę 15 lat… to moment, w którym stanę się pełnoprawną nastolatką. Boję się. Z jednej strony to coś niezwykłego, a z drugiej coraz bliżej do dorosłości. Chociaż w głębi duszy zawsze pozostanę dzieckiem!

Piszę do Ciebie ten list m.in. z tego powodu. Odkąd tylko pamiętam byłeś dla mnie wzorem i bardzo chciałam Ci za to podziękować. Niedawno uświadomiłam sobie, jak szybo płynie czas… Ludzie odchodzą, zmieniamy się i nasze poglądy również. Zrozumiałam, że to „nasz ostatni rok” i jeśli nie podzielę się z Tobą moimi przemyśleniami teraz, to już nie zdołam tego zrobić w taki sposób, o jakim śniłam. Będę inaczej myślała.

Kubusiu, doskonalimy się całe życie, ale to właśnie pierwsze lata są najważniejsze. To czas, kiedy kształtujemy swój charakter, poznajemy świat
i uczymy się odróżniać dobro od zła. Moje początki były właśnie z Tobą. Wyjaśniłeś mi tak wiele rzeczy. Oczywiście moi bliscy także próbowali mnie czegoś nauczyć, ale to do Ciebie uciekałam w najgorszych chwilach. Mogłam na Ciebie liczyć zawsze! Zarówno wtedy, kiedy byłam samotna, jak i gdy otaczali mnie wspaniali ludzie. Byłeś przy mnie, kiedy nic nie szło po mojej myśli i w momentach, kiedy miałam wszystkiego dość. Byłeś ze mną przy pierwszym wypadku, kiedy starłam kolano
i wtedy, gdy złamałam rękę. Mogłam na Ciebie liczyć, kiedy nikt nie miał dla mnie czasu i jak miałam ochotę pobyć w samotności. Przeżyłam z Tobą wiele pięknych przygód. Początki czytania, śpiewania, pyskowania i dużo innych. Razem z Tobą wspominam swoje pierwsze zakochanie i pierwszą kłótnię z mamą. Wspierałeś mnie właśnie w takich chwilach. Razem wiele przeszliśmy. Byłeś u mego boku od moich 3. urodzin. Wtedy po raz pierwszy Cię zobaczyłam, poznałam i pokochałam. Od tamtej pory pozostawałeś blisko niezależnie od sytuacji i otoczenia. Nie umiem wyrazić swojej wdzięczności do Ciebie. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

Wszystkie Twoje myśli, rady, słowa kryły w sobie wiele mądrości.
Kiedyś powiedziałeś: „kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika”.
I nieważne jak zła byłam dla Ciebie, Ty nigdy mnie nie zostawiłeś i ja również przy Tobie zostanę. Wiem, bywam denerwująca, niemiła i jestem coraz poważniejsza, ale to nieważne. Obiecuję Ci, że będę o Tobie pamiętać do końca swoich dni! W końcu zawdzięczam Ci tak wiele. Mam nadzieję, że moje dzieci również znajdą oparcie
w kimś takim jak Ty.

     Innym razem wspomniałeś, że „myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić”. To prawda. Z wiekiem trzeba coraz więcej myśleć, ale dzięki Tobie zaakceptowałam to i nawet polubiłam. To wcale nie jest takie złe. Ważne jest, aby dobrze odróżnić myśli, którymi mamy zamiar podzielić się z innymi od tych, które należy zachować dla siebie.

       Teraz myślę sobie o tym, że nauczyłeś mnie cieszyć się z drobnostek. Byłeś wielce rozradowany na widok małego garnczka miodu. Ja także dostrzegam drobne gesty, prezenty i cieszę się z nich tak mocno jak w dzieciństwie. Uśmiecham się codziennie na widok promieni słonecznych, cudownych ludzi, którzy mnie otaczają i dobrych słów, którymi jestem obdarowywana. Dostajemy bardzo dużo malutkich „kubków słodkiego miodu”, tylko często ich nie dostrzegamy. Ja dzięki Tobie daję radę.

     Niektórzy bardzo mnie denerwowali, ale wtedy powiedziałeś mi, że „są tacy, co mają rozum, a są tacy, co go nie mają, i już”. Wszystko stało się jasne. Nie mogę być zła na kogoś tylko dla tego, że nie posiada rozumu, przecież to nie do końca jego wina. Po prostu staram się trzymać z tymi rozumnymi, a dla innych jestem bardzo cierpliwa. Tej drugiej grupie należy po prostu poświęcić więcej czasu.

     Wytłumaczyłeś mi, co to jest miłość...: „miłość jest wtedy… kiedy kogoś lubimy… za bardzo” oraz „MIŁOŚĆ się nie pisze, MIŁOŚĆ się czuje”. To chyba nie wszystko na ten temat, ale jakąś podstawę już mam. Myślę, że zgłębię to zjawisko w przyszłości. Chociaż już kocham! Przecież miłość objawia się w naszej trosce o innych,
w naszych uśmiechach, w codzienności. Wiem na pewno, że warto kochać.

     Powiedziałeś mi, jak radzić sobie z namolnymi stworzeniami: „kiedy spytają cię, jak się masz, odpowiedz po prostu, że wcale”. To naprawdę działa! Nie jest to najmilszy sposób, ale skuteczny. Tak jak sugerowałeś, to jest moja ostateczność. Wiem, że czasami warto pobyć w samotności i ja również już się tak nie narzucam innym. Chęć spędzenia czasu w odosobnieniu nie zawsze jest zła, tak się lepiej myśli.

Nauczyłeś mnie, co znaczy byś sobą, czyli: „nie liczy się rozmiar, liczy się puchatość!”. Nie powinniśmy naśladować innych, lepiej dobrze poznać siebie. Nie liczy się to, jakich udajemy, ale to, jacy jesteśmy naprawdę, tam w środku. Nie maskujmy się za wygórowanymi ideałami. Bądźmy dumni z samych siebie, a inni również będą nas doceniać. Każdemu życzę poznania siebie. Poznania, zrozumienia i docenienia. W końcu jeśli my się nie docenimy, to kto inny zrobi to za nas?
To wszystko jest zaledwie garstką Twoich myśli i moich rozważań. Dzięki Tobie dowiedziałam się, czym jest przyjaźń, zaczęłam doceniać zwykłe rzeczy i dawać sobie radę z rutyną. Dzięki Tobie uśmiech ciągle pozostaje na mojej twarzy.

Mój przyjacielu, rozumiem, że czas wkroczyć w dorosłość i samemu stawić czoła problemom. Jestem przekonana, że dam sobie radę. Jest w tym Twoja zasługa! Razem z Twoimi poradami będę dzielnie szła przez życie. Kubusiu, jesteś moim bohaterem. Zresztą nie będę sama. Tak jak Ty mam wspaniałych przyjaciół. Ty masz Krzysia, który jest blisko Ciebie zawsze, gdy go potrzebujesz. Wspieracie się wzajemnie. Dzielicie się problemami, smutkami i szczęściem. Zawsze możecie na siebie liczyć. To jest piękno przyjaźni! Zaufanie, jakim się darzy drugą osobę, oddanie, wsparcie. Wasza więź jest niezwykła. Przyjaźń jest wspaniałą wartością. Zgodzą się z tym wszyscy, którzy jej doświadczyli. Ja dzięki Tobie nie boję się nawiązywać nowych znajomości i zjednywać sobie przyjaciół. Moich bliskich, czyli rodzinę i przyjaciół staram się traktować tak, jak Ty traktujesz Krzysia i Prosiaczka.

Na zakończenie chciałam Ci jeszcze raz podziękować! Do końca życia będziesz odzwierciedlał moje cudowne dzieciństwo. Zawsze będę o Tobie pamiętać. Jesteś moim pierwszym przyjacielem.

Serdeczne pozdrowienia kieruję także do Twoich wiernych przyjaciół ze Stumilowego Lasu.

Ola

Autor: Paulina Cieślak, Kl. II B



Postanowiłam przedstawić Wam historię pewnego mężczyzny, który dla wielu był wzorem do naśladowania. Tą osobą był mój wujek. Marek miał 19 lat. Uczęszczał do 5. klasy Technikum Mechanicznego w Skierniewicach. Cieszył się sympatią wśród rówieśników.

         Należał do harcerstwa, do sekcji żeglarskiej. Pewnego dnia Marek wraz z kolegą wypłynęli na zalew, by sprawdzić sprzęt przed wyjazdem na obóz. Był to czerwiec, upalny dzień. Po zalewie pływali także inni koledzy Marka, z tym samym celem. Na tzw. „drugiej plaży” nad zalewem do dziś przechodzi linia wysokiego napięcia o mocy 15000 v. Ponieważ było gorąco, przewody elektryczne pod wpływem ciepła rozszerzyły się i opuściły niżej. Łódź posiadała aluminiowy maszt, więc kiedy chłopcy przepływali pod przewodami, nastąpiło tzw. przepięcie ( przepływ prądu po aluminiowym maszcie do łodzi). Pod wpływem łuku elektrycznego łódź zaczęła płonąć. Wyładowanie elektryczne spowodowało wyrzucenie kolegi Marka do wody. Sam Marek nie miał niestety tyle szczęścia.

          Zaczął płonąć sparaliżowany przez prąd. Woda była tak naelektryzowana, że martwe ryby wypływały na jej powierzchnię. Chłopcy z innych łódek rzucili się na pomoc koledze Marka, rybacy i reszta chłopaków kombinowali, jak wyciągnąć Marka. Po pewnym czasie wujek znalazł się w wodzie, a niedługo po tym przy pomocy rybaków leżał na brzegu w oczekiwaniu na karetkę. Gdy przyjechało pogotowie ratunkowe, zabrano go do Skierniewickiego szpitala, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy. Obrażenia były rozległe. Miał poparzone ok. 90% ciała. Były to poparzenia 2 i 3 stopnia. Lekarze dziwili się, że Marek wciąż żyje. Po dwóch dniach, został przewieziony do szpitala wojskowego w Warszawie.

         Odbiegając od tematu, wspomnę, że Marek miał piękną, rok młodszą, dziewczynę – Małgosię. Gdy leżał w szpitalu, kończyła 18 lat. Marek poprosił moją babcię, by kupiła jej od niego kwiaty z tej okazji. Następnego dnia Małgosia otrzymała od niej 18 pięknych, czerwonych róż. Małgosia bardzo często odwiedzała Marka w szpitalu, błagając, by jej nie zostawiał, by żył. Jednak pomimo dokonanych przeszczepów skóry i dobrej opieki, jego stan się pogorszył. Po miesiącu zmarł. Na jego pogrzeb przyszło kilka tysięcy osób. Trumna była niesiona przez ludzi, aż ze wsi Ludwików do cmentarza. Pochód ten wyglądał jak pielgrzymka. Marek nie zdążył napisać matury, a miał ogromne ambicje i tyle planów na przyszłość. Kochał dzieci, zawsze był chętny do pomocy, chodził na domówki, lecz nigdy nie pił alkoholu, twierdząc, że on będzie pomagał tym, którzy są uzależnieni. Był niezwykły.

           Natomiast Małgosia pozostała mu wierna i nie wyszła za mąż, twierdząc, że nigdy już nie poznała tak fantastycznego mężczyzny. Dziś Małgosia ma 50 lat. Marek miałby 51. Może mieliby gromadkę dzieci i wnuków, kto wie?! Podobno Małgosię można spotkać popołudniami w dniu Wszystkich Świętych przy grobie Marka smutną i zamyśloną. Koledzy Marka zabierają raz na jakiś czas swoje dzieci na cmentarz i opowiadają o zmarłym druhu, a światło ze zniczy pozwala dostrzec, że nawet oni mają niekiedy wilgotne policzki.

         A mnie ciężko jest myśleć, że to mój wujek nie żyje...i żałuję, że nie mogłam go poznać...

 Nadia Ben Haj Brahem, kl. II C


 

Klęska Podziemia

            Tamtego dnia brutalnie przypomniano ludzkości o strachu życia pod panowaniem cieni i upokorzeniu egzystowania w klatce zwanej Podziemiem.
Mam na imię Marco i jestem jednym z nielicznych, którym udało się przeżyć katastrofę, która miała miejsce w sierpniu 876r. pod Metor. Jestem niezmiernie szczęśliwy, iż przeżyłem, lecz nie z powodów oczywistych, a z powodu pewności że śmierć moich przyjaciół nie pójdzie w zapomnienie i będzie już zawsze przypominać ludziom, że nie można lekceważyć zagrożenia, ponieważ wygrało się jedną bitwę, ale najpierw trzeba wygrać wojnę.

            Właśnie dzwon zaczął wybijać rozpoczęcie apelu honorowego, gdy ja i grupka moich przyjaciół wślizgnęliśmy się na wyznaczone dla nas krzesełka. Znajdowaliśmy się teraz w jednym z najgłębiej położonych pomieszczeń w Podziemiach, a mianowicie w Wielkiej Komnacie Hospitium, która pełniła rolę miejsca obrad dowódców, placu wymiany dóbr w dni targowe jak i pomieszczenia, w którym odbywały się publiczne demonstracje i apele. Była to największa i najpiękniejsza komora w Metor z wysokim sufitem i rzeźbionymi kolumnami przy ścianach. Podziemie zostało nazwane na cześć miasta, pod którym się znajduje i pod którym w dobrych czasach, gdy cienie jeszcze nie powstały, żyli moi przodkowie. Istniało oczywiście wiele Podziemi, lecz nasze było najbardziej znane i najstarsze ze wszystkich. Apel honorowy był organizowany raz do roku i była to publiczna ceremonia przyjęcia do armii nowych żołnierzy i ja byłem jednym z nich. Nie mam pojęcia, jak udało mi się dostać do wojska, ale jestem pewny, że nie z powodu świetnej kondycji lub odwagi, ponieważ jestem niskim chucherkiem, zupełnym przeciwieństwem mojej grupy przyjaciół: Ais- przebiegłej i szybkiej, Luisa i Loego - rodzeństwa rosłych osiłków czy Ossi - z wyjątkowym talentem do broni białej. Grupa adeptów w tym roku była dość spora, liczyła bowiem 32 osoby, lecz patrząc na całokształt, komicznie mała. Oczywiście każdy młodzian przechodzący w wiek dorosły, miał obowiązek stawić się w wojsku i spróbować swoich sił w egzaminie selekcyjnym, ale test ten był niedorzecznie trudny i tylko odsetek około 150 osobowej grupy je zdawał. Sytuacja więc z roku na rok się pogarszała, niestety tylko niektórzy to zauważali, większość po prostu chorowała na znieczulicę, no bo po co szykować się do walki i tylko denerwować ludzi jak cienie od lat nie atakowały? Każdy, kto widział problem w niedoborze armii i lekceważeniu cieni, znał dobrze zdanie teraźniejszego głównego dowódcy O'Conello, że gdy nawet rząd zmniejsza czujność, wtedy nie ma się czym przejmować, co zmniejsza ilość zamieszek. Ja i moi przyjaciele, jak już wcześniej wspomniałem dostaliśmy się do armii. Naturalnie mogliśmy oblać testy i toczyć spokojne, szczęśliwe życie, ale my zdecydowanie należymy do tej pierwszej grupy ludzi, która nie wierzy w tę całą sielankę, a że nie mogliśmy zrobić nic więcej, staliśmy się obrońcami Podziemi. Gdy już wszyscy zajęli miejsca, na podwyższenie na przodzie Sali, wszedł łysiejący, lecz dość młody i dobrze zbudowany mężczyzna. Podszedł na środek podniesienia, stanął na baczność i w hołdzie szacunku położył najpierw lewą, rozłożoną dłoń na piersi, a następnie nakrył ją prawą z wyprostowanymi czterema palcami. Był to znak, który posłusznie wykonali wszyscy zgromadzeni na sali. -

   - Pozdrawiam! - krzyknął O'Conello znajdujący się na podwyższeniu. Świetna akustyka komnaty sprawiła, że był idealnie słyszany nawet na końcu pomieszczenia.

- Pozdrawiam!- wykrzyknęli powitanie wszyscy tu obecni. Dowódca z życzliwym uśmiechem zaczął swoją wcześniej przygotowaną mowę: -Jest to dla mnie wielki zaszczyt i przyjemność móc stać tu przed wami i ogłaszać tak wesołą wieść, jak to że 32 odważnych i bohaterskich młodych ludzi ofiaruje swoje życie dobru naszej ojczyzny, naszego Podziemia!- Jego wypowiedzi przerwały głośne owacje, lecz on uciszył publiczność gestem. - Wykazują tym, jak nasza społeczność jest oddana i patriotyczna. Zanim jednak nasi młodzi bohaterowie zostaną honorowo odznaczeni, mam zaszczyt krótko opowiedzieć wam historię Podziemi!

Nie wywołało to wielkiego zaskoczenia czy podniecenia, ponieważ była to taka tradycja. Taka sama jak oficjalne pozdrowienie.

   - Wszystko zaczęło się w 734r. Wtedy właśnie dzień był niezwykle krótki, a cienie wieczorem niezwykle długie. Nasi dziadowie świętowali otwarcie pierwszego Podziemia na świecie pod miastem Metor, które miało ułatwić nam transport produktów do innych miast, a które stało się naszym domem. O godzinie 14.00,a było już zupełnie ciemno, do Wielkiej Rady Dowódców doszły słuchy, iż ludzie ginęli w mieście. Nie zwyczajnie, zostali zamordowani. Mieli podcięte gardła, a cienie wokół nich się kłębiły. Rada więc wezwała ludzi na rynek i próbowała wyjaśnić, kto jest mordercą, gdy cień głowy rady oderwał się od jego ciała i poderżnął gardło najpierw swojemu właścicielowi, a następnie reszcie rady. Spanikowani ludzie zaczęli uciekać do domów i kryć się, to jednak nie powstrzymywało cieni przed zabijaniem.

       Zrobił przerwę na oddech i podtrzymanie napięcia, bo choć ludzie słyszeli tę historię wiele razy, ciągle ich intrygowała.  

- Zdesperowani ludzie uciekli w ciemności do Podziemi, gdzie cienie nie mogły ich dosięgnąć. Ludzie jednak zapomnieli się i popełnili błąd. Nie tylko cienie nie mogły żyć bez światła, oni także. Gdy tracili nadzieję, ktoś odnalazł świecący kamień Ans i tak ludzie przeżyli schowani pod ziemią. Nauczyli się hodować rośliny i zwierzęta za pomocą jedynie światła Ans, a wodę brali ze źródeł z innych Podziemi, które z czasem zostały połączone z Metor.

   Tak właśnie wyglądała cała nasza historia. Na jej podstawie opierało się wszystko, nasze przeświadczenia, wiedza i wdzięczność nie osobie, a miejscu, Podziemiom. Gdy ceremonia się zakończyła, a nie było to nic ciekawego, poszliśmy (ja i moja paczka) do komnat wyznaczonych dla armii.

   -No, no… O'Conello nieźle się dzisiaj popisał co? -zagadał Loe ziewając - No... To było tak nudne i oklepane jak nigdy wcześniej - poparł Luis, siadając na krześle w boku pokoju. Całe pomieszczenie było urządzone równie surowo jak reszta Podziemia: kilka krzeseł, stół, półka.

     – Przestańcie, zachowujecie się jak dwójka bachorów, którzy nie potrafią usiedzieć w miejscu godziny. Swoimi słowami udowadniacie, że nie dorośliście do zadania żołnierzy - skomentowała Ais.

Każdy wiedział, że była ona taką naszą przywódczynią i się jej słuchaliśmy. Ogonek dowódcy sam do niej przylgnął przez jej ostry temperament.

   - Naprawdę powinniście wreszcie dorosnąć-mruknęła do nich.

Ja i Ossi tylko rozbawieni po sobie spojrzeliśmy. Oss była śliczną dziewczyną z krótkimi ciemnymi loczkami i drobną budową. Całkowicie różniła się od wysokiej, blondynki, jaką była Ais. Co do mnie jestem po prostu przeciętnym brunetem, a Luis i Loe bliźniakami liczącymi ponad 2 metry, z niebieskimi oczami i czarnymi włosami i chociaż połowa dziewczyn w Metor się za nimi uganiała, oni obaj walczyli o względy Ais, niestety nieskutecznie, co mnie nieco cieszyło, ponieważ ta niesamowita dziewczyna podobała się również mnie. Byliśmy jednak jedynie przyjaciółmi, mimo tego, że podejrzewam, że ona wie, że się mi podoba.

   - Marco, no weź jej coś powiedz!- zawołał Leo, a ponieważ niewinna kłótnia szła w dobrym kierunku, by przerodzić się w rękoczyny, powiedziałem:

   - Sądzę, że Ais ma rację chłopaki, przestańcie się wygłupiać.

Luis popatrzył na mnie jak na głupka, po czym krzyknął:

   - Miałeś poprzeć nas, idioto! Gdzie męska solidarność!?

Ossi wybuchnęła śmiechem, ale Ais uciszyła ją machnięciem ręką.

   - Nie wydaje ci się, że trochę przesadzasz Ais, zakaz śmiania się jest...- nie dokończył jednak, bo jego też uciszyła, jednak nieco gwałtowniej:

- Cicho -syknęła i podeszła do drzwi, lecz nie do tych które prowadzą do reszty pomieszczeń, a na korytarz, który prowadzi do wyjścia z Podziemi.

-Ais co ty...-zacząłem, ale Ossi zakryła mi ręką buzię i powiedziała bezgłośnie "posłuchaj". Więc zacząłem nasłuchiwać. Na początku nic nie słyszałem, ale po chwili do mnie dotarło. Ciche łupnięcia takie jak przy tłuczeniu kamieni Ans. Po kilku minutach usłyszeliśmy także kroki, a potem drzwi się otworzyły z impetem. Wyszedł z niej mężczyzna cały we krwi.

-O Boże- szepnęła Ossi, zakrywając ręką buzię. Zaczęliśmy się cofać, ale mężczyzna nic nie zrobił, tylko upadł na kolana i powiedział dławiącym się głosem:

- Weszły tu...- nabrał głośno powietrza -już po nas...- i upadł. Chłopaki podbiegli do niego i sprawdzili puls.

-Nie żyje - sapnął Leo. - Ale co się miało stać? - spytał Luis i odwrócił głowę w stronę tunelu. Jego wzrok dostrzegł coś, czego ja zobaczyć nie mogłem. Znieruchomiał i szturchnął Loego.

   -Patrz stary -szepnął tak cicho, że prawie nic nie słyszałem. – Cienie…

   Nagle zabrakło mi powietrza, nie wiedziałem, co zrobić, ale Ais wiedziała. Wzięła mnie pod ramię i zaczęła wychodzić. Ossi też już biegła, ale Leo i Luis nie uciekali, tylko zabarykadowali drzwi i szykowali broń. Ais krzyknęła:

-Co wy robicie!? Chodzicie!- oni tylko pomachali głowami. –Nie, zaoszczędzimy wam trochę czasu. Idźcie!

   Ais jeszcze chwilę tak stała, po czym odwróciła się i wyszła.

   - Co ty robisz, nie można ich tak zostawić?!

Nie słuchała, szła dalej. Zacząłem płakać, przez moją bezradność oni giną. Jak na potwierdzenie usłyszeliśmy straszny krzyk. Nie dobiegał jednak zza nas, a z przodu, z Hospitium. Gdy tam weszliśmy, naszym oczom ukazał są horror. Wszędzie była krew i cienie, pełno cieni, a ludzie ginęli masowo. Ktoś stał na podwyższeniu i wrzeszczał:

-Do wyjścia, kto może do...- nie dokończył, bo okropny strzępiasty cień podciął mu głowę.

   Ale podziałało, ludzie rzucili się do wyjścia, niestety po chwili zostało ono całkiem zablokowane. Cieni było tak wiele, że pewnie całą masą kłębiłyby się pod sufitem, gdyby tam owy był, jednak zniknął , a zamiast niego ziała wielka dziura, ujawniając piękne błękitne niebo. Był to tak szokujący widok, że nie mogłem oderwać oczu, gdy nagle poczułem szarpnięcie z tyłu.

-Marco, trzeba pomóc Ossi!- to Ais próbowała przewrzeszczeć hałas. - Słyszysz Marco! -spojrzałem w bok i zobaczyłem, jak dziewczyna rozpaczliwie próbuje uwolnić Oss z kokonu cieni, ja jednak wiedziałem, że dziewczynka już nie żyje.

Więc rozejrzałem się po komnacie i zobaczyłem, że jedno z wyjść jest prawie puste. Pociągnąłem w tamtą stronę Ais. Nie protestowała, czekała, aż to zrobię. Byliśmy już prawie przy wyjściu, gdy lepka ręka Ais wypadła z mojej. Odwróciłem się i zobaczyłem, że w jej klatce piersiowej jest dziura wielkości pięści.

- Nie, nie… Ais nie rób mi tego- ona nie słuchała upadła na kolana.

-Nie!- wrzasnąłem i uklęknąłem przy niej. Przytuliłem ją.

-Ais, nie -szepnąłem - nie możesz odejść.

Ona mnie jednak nie słuchała, stawała się coraz chłodniejsza, szepnęła tylko:

   -Wiesz, niebo jest takie piękne, ludzie tak po prostu je odrzucili, oddali bez walki - przerwał jej kaszel - uciekli pod ziemię jak psy, ale to nie jest najgorsze. Oni...ludzie… sami sobie wykopali grób -to były jej ostatnie słowa.

   Nie miałem jednak czasu na pożegnanie, ponieważ ktoś mnie złapał za kołnierz i zaczął ciągnąć.

-Puszczaj!- wrzeszczałem i kopałem, ale to nie skutkowało. Z każdą chwilą coraz bardziej oddalaliśmy się od Ais, a gdy wchodziliśmy do tunelu, zobaczyłem, jak obsiadają ją cienie.

-Zostaw mnie!- i człowiek mnie puścił.

Nie znałem jego imienia, ale wiedziałem, kim był: jeden z dowódców.                    –Dziecko, wiem, że twoja koleżanka zginęła, ty jednak żyjesz, co ważniejsze i powinieneś się pozbierać - powiedział mężczyzna.

Nie mogłem mu odpowiedzieć, więc tylko pokręciłem głową. Westchnął i walnął mnie czymś w głowę. Poczułem tępy ból, po czym zobaczyłem mroczki przed oczami i odpłynąłem. Ostatnie, co pamiętam, to słowa:

-To dla twojego dobra, mały.

            Był to najgorszy dzień w moim życiu jak i drugi najgorszy dla ludzi z całego świata. Po wybudzeniu się w sąsiednim Podziemiu Ulum, zyskałem nowy cel. Postanowiłem zostać jednym z dowódców. Ludzie po tym dniu znów zaczęli szykować się do walki, zaczęli się bać. Jednak jak wysoką cenę musieli zapłacić, tego do dzisiaj nie oszacowaliśmy, ponieważ cienie ciągle atakują nowe Podziemia i zabijają ludzi. Ulum także podbito, dzień później, a my uciekinierzy przemieszczaliśmy się dalej. Znowu uciekaliśmy. To, co powiedziała Ais, to prawda, ciągle uciekamy. Czy więc wygraliśmy tę jedną bitwę, czy po prostu cienie specjalnie chciały, byśmy tak myśleli, by uśpić naszą czujność? Nie dowiemy się tego nigdy, ale nawet jeżeli była to intryga cieni, oznacza to, że one się nas obawiają, że jesteśmy na tyle silni, by trzeba było spiskować przeciwko nam. Tamtego właśnie dnia brutalnie przypomniano ludzkości o strachu życia pod panowaniem cieni i upokorzeniu egzystowania w klatce zwanej Podziemiem.

           

Zuzanna Nyc kl. 1B


Warto przeczytać:

„Folwark zwierzęcy”, powieść angielskiego dziennikarza i pisarza George`a Orwella, to jedna z najważniejszych książek XX wieku. Posiada wiele cech paraboli. Nie jest zbyt długa, ale przeznaczona dla ambitnych czytelników. Porusza problem totalitaryzmu. Jej bohaterami są zwierzęta, które przejmują kontrolę nad zarządzanym wcześniej przez ludzi folwarkiem. Jednak nie o życie zwierząt w tej książce chodzi. Pod ich postaciami kryją się różne ludzie postawy. Naprawdę warto, choć nie jest to lektura najłatwiejsza.                               IM

„Jeden dzień Iwana Denisowicza” to niezbyt długie opowiadanie rosyjskiego pisarza Iwana Denisowicza o życiu więźnia („zeka”) w obozie pracy, czyli łagrze. Lektura dla zainteresowanych historią XX wieku.                                         IM

 

Brytyjska pisarka Sue Townsend jest autorką przezabawnej serii opowieści o Adrianie Mole`u. Lekturę proponuję zacząć od wydanego w 1982 roku Sekretnego dziennika Adriana Mole'a lat 13 i ¾. Narracja jest oczywiście pierwszoosobowa, zaś w centrum uwagi czytelnika pozostają problemy zbuntowanego nastolatka (np. pryszcze, pierwsza miłość). Trochę angielskiego humoru i spojrzenie na świat poprzez pryzmat cudzych problemów można polecić każdemu.                   IM

„Księga dżungli” Rudyarda Kiplinga to klasyka literatury przygodowej. Czytelnik przeniesie się w świat, w którym splatają się losy ludzi i zwierząt. Pozna miedzy innymi losy Mowgliego, który wychowywany był w dżungli przez wilki. Przeczyta o tym, jak ludzie traktują zwierzęta, jakie prawa panują w ich świecie.                                         IM

„Kłamczucha” to lektura przede wszystkim dla dziewczyn. Drugi tom cyklu „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz. Główna bohaterka – Aniela Kowalik – to dziewczyna niebanalna, inteligentna, oczytana, ale straciła głowę dla pewnego przystojnego blondyna. Co z tego wyniknie? Trzeba przeczytać. Tak jak i inne książki Małgorzaty Musierowicz.                             IM

 

„Oskar i Pani Róża”. Eric-Emmanuel Schmitt napisał niedługą, wzruszającą opowieść, która porusza problem różnych postaw człowieka wobec nieuchronnej śmierci. Tym bardziej, że umrzeć ma dziecko.

Szanowny Panie Boże,

Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu.

Uprzedzam Cię od razu: nienawidzę pisać. Muszę mieć naprawdę jakiś ważny powód. Bo pisanie to bzdura, odchyłka, bezsens, jajo. To lipa. W sam raz dla dorosłych.

Mam to udowodnić? Proszę, weź choćby początek mojego listu: "Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu". No więc równie dobrze mógłbym napisać: "Nazywają mnie Jajogłowym, wyglądam na siedem lat, mieszkam w szpitalu z powodu mojego raka i nigdy się do Ciebie nie odzywałem, bo nawet nie wierzę, że istniejesz".
                            IM

„Stowarzyszenie umarłych poetów”, autorka Nancy H. Kleinbaum. Bohaterami są uczniowie elitarnej szkoły, Akademii Weltona oraz nowy nauczyciel języka angielskiego, John Keating. Jest on pedagogiem niebanalnym, szybko podbija serca swoich uczniów. Niestety nie podoba się to ani dyrekcji szkoły, ani rodzicom. Chłopcy muszą wybierać między realizacją własnych marzeń a posłuszeństwem w stosunku do wymagających rodziców. Czy w purytańskim świecie jest miejsce na młodzieńczy bunt i marzenia? Realia zgoła odmienne niż w naszych czasach, ale problemy podobne. Czyta się lekko, warto więc sięgnąć po tę książkę. Ciekawostką jest to, że najpierw był film, dopiero później na podstawie scenariusza powstała książka.                                             IM

„Dywizjon 303” Arkadego Fiedlera (reportażysty, porucznika Wojska Polskiego”) to książka o polskich lotnikach bohatersko walczących w Bitwie o Anglię. Jej przedruki krążyły w okupowanej Polsce, pobudzając wyobraźnię czytelników. Lektura przede wszystkim dla męskiej części naszego gimnazjum. Ciekawostka: w Puszczykowie pod Poznaniem znajduje się Muzeum-Pracownia Literacka Arkadego Fiedlera.                   IM

„Heban” Ryszarda Kapuścińskiego – Mistrza reportażu. Opowieść o Afryce u progu XXI wieku. Czytelnik ma okazję poznać zupełnie nieznane oblicza Czarnego Lądu i perypetie autora – podróżnika. Książka dla ciekawych świata i miłośników reportażu w najlepszym wydaniu.                                                   IM

Pięciotomowa „Saga o Wiedźminie” Andrzeja Sapkowskiego to już klasyka literatury fantasy. Bohater – Geralt z Rivii to właśnie wiedźmin (człowiek poddany działaniu substancji magicznych i długotrwałemu treningowi), którego zadaniem było niszczenie potworów. Saga zaczyna się od tomu pt. „Krew Elfów”, ale (aby w pełni zrozumieć fabułę) warto zacząć od opowiadań z książki „Wiedźmin”. Dla ludzi z wyobraźnią potrafiących docenić inteligentną narrację. Kto polubi świat Wiedźmina (pasjonatów prozy Sapkowskiego jest wielu), na pewno sam dowie się, jakie tytuły tworzą dalszą część sagi.                          IM

Ośmioczęściowa seria „Cherub” Roberta Muchamore’a opowiada o osieroconych nastolatkach, którzy dzięki swoim zdolnościom i samozaparciu stają się ważnym ogniwem brytyjskich służb specjalnych w walce z przestępczością. Rekrutowani z domów dziecka nieletni agenci osiągają zaskakujące rezultaty, przeżywając przy tym niezwykłe przygody. Dla miłośników literatury rozrywkowej i beletrystyki. Pierwsza część pt. „Rekrut”, druga pt. „Kurier”. Tytuły pozostałych: „Bojownicy”, „Ucieczka”, „Sekta”, „Świadek”, „Wpadka”, „Gangster”.                                                                               Min

Saga „Dziedzictwo” autorstwa Christophera Paoliniego składa się z 4 części. Trzy z nich („Eragon”, „Najstarszy”, „Brisingr”) są już ukończone, czwarta ukaże się prawdopodobnie w tym roku. Szesnastoletni Eragon pewnego dnia, będąc na łowach, znajduje niezwykły kamień. Chłopiec zatrzymuje go w nadziei, że jest cokolwiek wart. Po kilku dniach – z jaja nie kamienia - jak się okazuje, wykluwa się smok. Eragon tym samym staje się jednym z legendarnych Smoczych Jeźdźców zniszczonych przez złego tyrana, króla Galbatorixa, który jest żywo zainteresowany sprowadzeniem do siebie chłopca. Eragon ze smoczycą Saphirą u boku rusza w pełną niebezpieczeństw podróż, chcąc dotrzeć do Vardenów – buntowników od dawna stawiających opór Galbatorixowi, ale przede wszystkim ratować życie… Oczywiście dla miłośników fantasy. Ciekawostka: autor w momencie, gdy pisał pierwszy tom, czyli „Eragona”, był niewiele starszy od Was.                                                    Min

Paulo Coelho - „Alchemik”. Proza dla ambitnych, współczesna przypowieść. „Otwiera te drzwi w naszej duszy, o których istnieniu wolelibyśmy zapomnieć. Każe marzyć, podążać za własnym powołaniem, podejmować ryzyko, pójść w świat i wrócić wystarczająco śmiałym, by stawić czoła wszelkim przeszkodom” (za: http://paulocoelho.pl). Andaluzyjski pasterz wyrusza w podróż, która staje się drogą do poznania samego siebie, tajemnic życia, życiowej mądrości. Ciekawostka: książki przyniosły autorowi nie tylko światowy rozgłos ale również sukces finansowy, co potwierdza tezę, że warto pisać.                             IM

 


Ciekawość

 Był człowiek ciekawy.

Chciał wszystko wiedzieć.

W jednym miejscu nie mógł usiedzieć.

Pyta brata: po co był Karol?

Brat odpowiedział: „Był po makaron”.

Po co makaron był mu potrzebny?

Nic brat nie powiedział, więc pyta siostrę, a ona rzekła:

„Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”.

 

Sandra Piorun IIB (13-14 op. IM)

  ……………………………………….

Jak to ze skunksem Ronaldem było…

 Za górami, za lasami i za skrzyżowaniem

Żył sobie pewien skunks. Miał o na imię Ronald.

Mieszkał w ślicznym domku, bardzo ładnie rysował

i lubił sport, lecz nikt nie chciał się z nim bawić.

Problemem był jego nieprzyjemny zapach.

Za każdym razem, gdy spotykał się z kolegami,

ci uciekali z krzykiem do domów. Ronaldowi było 

z tego powodu smutno, więc postanowił coś z tym zrobić.

Wpadł mu do głowy świetny pomysł. Wlał do wanny cały 

flakonik perfum, po czym wykąpał się w nich, a następnie

zamalował swoje białe futerko na czarno. Pomyślał:

"Teraz jestem kotem o imieniu Roland."

Uradowany poszedł do kolegów, a oni go nie poznali

i wzięli za prawdziwego kota .

Odtąd skunks Ronald mógł się z nimi bawić.

 

Szymon Wójcik IIB (13-14 op.IM)

 ………………………….

Kiedyś…

Kiedyś woda była czysta, więcej ryb

pływało w rzece- mówi dzika kaczka

do łabędzia. - Teraz przyjdzie nam

głodować przyjacielu- odpowiada

łabędź. Chciał człowiek lepiej żyć,

a przyrodę zanieczyszcza

  Paweł B. 2B (13-14 op. IM)


Ciemna strona Skierniewic
Możecie mi wierzyć  albo nie, ale w Skierniewicach nie zawsze było spokojnie.  Na samym początku istnienia miasta, gdy powstawały pierwsze zabudowania i wprowadzali się mieszkańcy, wraz z nimi do Skierniewic przybyły złe moce. Dla naszych przodków nie było to miłe spotkanie. Musieli walczyć o dobro miasta, aby było ona takie, jakie jest obecnie.
Ciemna postać snuła się po lesie. Właśnie wybiła północ, a ona kierowała się do światła, gdzie byli ludzie. Chciała się do nich zbliżyć jak najszybciej. Szła coraz odważniej, aż w końcu weszła na główną drogę. Kierowała się naprzód, a  wraz z jej krokami było coraz widniej, gdyż wszystkie drzewa zostawiła daleko w tyle. Księżyc oświetlał jej ponurą twarz, a długa suknia w białym świetle wyglądała przepięknie. Nikt by nie pomyślał, że taka „zwykła” osoba pojawiła się ze złymi zamiarami. Wreszcie stanęła w centrum miasteczka, rozejrzała się wokół i uśmiechnęła się z triumfem.
- Spełni się marzenie mojej babki – powiedziała do siebie z uśmiechem i podeszła do pierwszego domu. Musiała długo pukać, zanim ktokolwiek jej otworzył.
 – Dobry wieczór – przywitała się z zaspaną kobietą.
- W czym mogę pomóc ?
- Szukam noclegu. Jest już noc, a ja nie mam się gdzie podziać.
Niestety, drzwi zostały zamknięte  przed jej nosem. Może gdyby wiedziała, że ta ciemna postać to czarownica, nawet by nie otworzyła ? Ale skąd mogła wiedzieć, że Rozalia miała złe zamiary w stosunku do miasta ? Teraz pytania były zbędne. Rozalka raz jeszcze rozejrzała się. Miasto było mniej prowizoryczne, niż opowiadała jej babcia. Ale nikt nie powinien się dziwić, skoro minęło kilka lat od śmierci babci.
Rozalia musiała jak najszybciej wymyśleć plan działania. Nie mogła się ujawnić, bo groziło to spaleniem na stosie. Mimo wszystko, nawet skierniewiczanie nie byli aż tak tolerancyjni. Może znalazłaby jakieś swoje miejsce w stodole i każdej nocy topiła w rzece jednego człowieka? Tak, to dobry pomysł. Więc pozostaje znaleźć stodoły.
Wybrała pierwszą po drodze, weszła do niej i zasnęła na stogu siana. Następny dzień spędziła, obmyślając zasadzki na kolejne ofiary. Wieczorem wyszła i skierowała się do ostatniego domu w mieście, tego wysuniętego na północ. Zapukała do drzwi i podstępem wyciągnęła z domu starszą kobietę. Skierowały się nad rzekę, a tam Rozalia wepchnęła ją do wody, rzuciła się na nią, powodując, że znalazła się pod wodą i poddusiła. Po upływie 10 min. wypuściła ją, po czym zakopała ciało pod krzewem. Na drugi dzień nikt się nie zorientował. Jednak gdy w ciągu ośmiu następnych dni kolejne osoby znikały, ludzie zaczęli coś podejrzewać. Pod żadnym pozorem nie wychodzili z domu po zmierzchu. Ludzie zaczęli w nocy stać w oknach i obserwować okolicę. Widywali tylko Rozalię, której nikt nie znał, bo w ciągu dnia przebywała w stodole. W końcu postanowili ją śledzić, a czarownica niczego nie podejrzewała. Wreszcie złapali ją, a gdy próbowała rzucić na nich zaklęcia, poznali, kim jest. Od razu rozpalili ognisko i spalili ją na stosie. Jej czarne ubrania nigdy wcześniej nie były tak czarne. Prochy Rozalki zakopała komisja składająca się z pięciu osób, aby nigdy więcej żadna czarownica nie wskrzesiła jej.
    Wkrótce po spaleniu czarownicy o imieniu Rozalia zaczęto domyślać się prawdy. Gdy w końcu w logiczną całość udało się poskładać domysły, zaczęto opowiadać, że los skarał Rozalkę za krzywdy wyrządzone innym. Mieszkańcy Skierniewic zostali bohaterami, a dobro po raz kolejny zwyciężyło nad złem.

Dominik Rudzki IB (r. szk. 2012/2013 op. IM)


Legenda o Skierniewicach

    Czy interesuje Was może, dlaczego nasze miasto nazywa się Skierniewice? Legenda jest tylko jedna, ale czy jest ona aż tak ciekawa? Chyba nie. Dlatego ja Wam opowiem moją własną historię na ten temat. Otóż siadajcie i słuchajcie uważnie…
 
    Za czasów Mieszka I żyły różne plemiona, które nieustannie walczyły ze sobą. Działo się tak już po przyjęciu chrztu przez Polskę.
Na obszarze dzisiejszego województwa łódzkiego zawiązało się nowe plemię, które nazywało się… no właśnie jak?
Teren ten był bardzo zalesiony, a na polanach wśród tychże lasów  rosła rzadko spotykana roślina, która nazywała się skiemierka.
Miała ona cudowne właściwości. Myślicie może , że lecznicze? Otóż nie. Każdy, kto wypił chociaż kilka kropli wywaru z tej rośliny, natychmiast rzucał się na ziemię i tarzał się pękając ze śmiechu. Była to terapia śmiechowa, która pomagała zapomnieć o wszelkich troskach i smutkach.
Nawet Mieszko I specjalnie przyjeżdżał po to, aby nazbierać tej rośliny na napój. Dzięki szybko rozchodzącej się wieści o nadzwyczajnych działaniach skiemierki plemię to już po kilku miesiącach było znane w całej Polsce i nie tylko…
 Uznano, że  będzie się ono nazywać odtąd na cześć cudownej rośliny-  Skiemiernianie. Natomiast obszar, który zamieszkiwali –Skierniewice.
I tak oto powstało nazwa  naszego miasta, choć roślinki tej już dawno nie ma. A szkoda, bo wielu ludziom by się przydała.

    Mam nadzieję, że opowieść ta podobała się Wam. Jeżeli chcecie usłyszeć więcej legend, to juz wiecie do kogo się zgłosić…

Gabriel Woźniak I B (r. szk. 2012/2013 op. IM)


Wiersz - Komputer

Komputer mój czarny,
Tak piękny i sprawny,
Ja kiedy go włączam,
Internet załączam,
Na fejsie siedzę godziny,
Nawet gdy mam urodziny,
W Wielkanoc, w Boże Narodzenie,
W święta jest na moje skinienie,
Mój komputer lubię bardzo,
Nawet gdy inni nim gardzą.
 
  Natalia Skłodowska IIID (r. szk. 2012/2013 op. IM)

...................................................

Dla Miłości

Słoneczny uśmiech, rumiane policzki,

Ciągle biegają za Nią króliczki.

Błyszczące oczy, nosek piegowaty,

Na Jej widok rozkwitają kwiaty.

Drobniutkie dłonie, długie warkocze,

Dla Ukochanej ja w ogień skoczę.

Sz. Anonim IB (r. szk. 2012/2013 op. IM)

…………………………………………………………..

Oczy jak kasztany,

Usta to maliny,

Szczery uśmiech,

Białe zęby-

Ideał każdej dziewczyny.

Lotem motyla jest dotyk,

Blaskiem słońca spojrzenie,

A włosy...,

Włosy są jak piękne cienie.

Sandra Piorun IB (r. szk. 2012/2013 op. IM)

…………………………………………..

Piękne ubiory, ciekawe kolory
Policzki różowe śmiechu napełnione,
Jak złoto pod słońcem włosy lśniące
Miłe myśli powodujące,
Oczy lśniące od księżyca pochodzące.
Jak się zwadzimy, czary te giną
I śmiech zanika jak okręt Tytanica

Policzki różowe nie są już kolorowe,
A włosy jakby meduza opętana przez złe istoty.
Godząc się z prawdą, człowiek nie robot,
Wszystkiego nie zniesie,

Tak wielkiego ciężaru nie uniesie.
Wojtek Hanuszkiewicz 1B (r. szk. 2012/2013 op. IM)


Tajemnica lasu 


Czasy PRL-u


Wspomnienia z czasów PRL-u


Tajemnica starego domu

   Był ciemny, chłodny wieczór (31 października). Czworo przyjaciół: Karolina, Paweł, Marta i Olaf postanowiło wybrać się na Halloween. Każdy z nich miał 15 lat. Karolina była odważna i pewna siebie, za to jej przyjciółka Marta była odwrotnością Karoliny. Bała się najmniej strasznych rzeczy, nigdy nie była niczego do końca pewna. Paweł i Olaf byli braćmi. Uwielbiali rozwiązywać zagadki i zwiedzać nowo poznane miejsca. 

      O 17:00 przyjaciele wyruszyli na zbieranie cukierków. Po godzinie mieli w torbach wieloowocowe landrynki, czekoladki, batoniki, sezamki, ale oprócz tego ludzie dali im również kilka złotych. Za otrzymane pieniądze postanowili kupić słodycze, więc wybrali się do sklepu. Szli przez skierniewicki rynek. Wracając ze sklepu, Karolina ujrzała dom, który ją zaciekawił. Była to jedna ze szpecących miasto ruder.

-Patrzcie! W tym domu zapala się i gaśnie światło. Chodźmy zobaczyć, co tam się dzieje-powiedziała Karolina.

-Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł! - odparła Marta.

-Marta! Może być ciekawie. Warto tam podejść-rzekł Paweł.

Przyjaciele zdecydowali się pójść. Kiedy byli już na miejscu, światło zgasło i nie zapalało się ponownie. Drzwi były otwarte. Ze środka słychać było tajemnicze odgłosy. Jednak kiedy Olaf zaczął pytać, czy ktoś tam jest, nikt nie odpowiadał. Karolina z Pawłem weszli do środka, aby zobaczyć co się tak kryje. Postanowili się rozejść, więc Paweł poszedł do kuchni, a Karolina do salonu. Było ciemno, ale przyjaciele mieli ze sobą telefony, którymi oświetlali sobie drogę. W pewnym momencie Karolinie wypadł telefon. Zaczęła wołać Pawła i prosić go o pomoc, ponieważ telefon wpadł między deski w podłodze. Zanim przyszedł Paweł, deski się zarwały, a Karolina wpadła do środka. Niestety złamała sobie rękę. Zaniepokojeni przyjaciele szybko próbowali się do niej dostać. W miejscu, gdzie była Karolina, wszystko było zakrwawione. Dziewczyna spojrzała się w prawą stronę i ujrzała nieduży tasak, na którym była krew. Czworo przyjaciół wystraszyło się i szybko wyszło z domu. Kiedy stali przed tajemniczym budynkiem, światło znowu się zapaliło. Teraz było wszystko widać. Olaf przy włączniku światła dostrzegł muchę, którą usiłował złapać kot. 

      Jedna sprawa nie była jasna. Czemu pod deskami w podłodze wszystko było zakrwawione? Przyjaciół nurtowała ta sprawa, więc zawiadomili o tymplicję. Rozpoczęło się śledztwo. Do tej pory nie wiadomo, co wydarzyło się pod salonem. To wydarzenie pozostanie w głowach przyjaciół do końca ich życia.

 Sandra Piorun IIB (op. IM 13/14)


Cylinder, okulary i brzydki uśmiech

      Nad skierniewickim rynkiem unosiła się gęsta mgła, a w powietrzu czuć było nieprzyjemny zapach. Piotr jak zwykle spieszył się do szkoły. Po drodze jego uwagę przykuła pewna postać. Stała ona przy wejściu do ratusza, miała na sobie czarny cylinder, okulary czarne zęby i ciągle się na niego patrzyła.

     Tego samego dnia w klasie odwrócił się, żeby zobaczyć, co się dzieje za oknem. Nie uwierzył, przetarł oczy, by się upewnić, że wzrok go nie myli, lecz wciąż to widział. Mężczyzna, którego spotkał dziś rano.

Zapytał zaniepokojony:

-Proszę pani! Kto tam stoi ?! - na co nauczycielka odpowiedziała, że nikt i rzeczywiście miała rację.

Upiór zniknął, a po plecach przeszły mu ciarki. Następnego dnia jak co tydzień w piątek

po zajęciach, odbywał się trening szkolnej drużyny piłkarskiej w jego gimnazjum. Podczas gdy stał na bramce, jego wzrok przykuło coś dziwnego. W ciemnym kącie z tyłu szkoły świeciła sie para oczu należąca do twarzy o brzydkim uśmiechu. Zląkł się i nie zauważył lecącej piłki. Oberwał nią mocno w głowę. Musiał iść do pielęgniarki, gdyż czuł sie

okropnie. Gdy już był w gabinecie, usłyszał:

- Niestety, Piotrusiu, skończył sie bandaż i muszę iść po zapasowy opatrunek, poczekaj tu- i pielęgniarka wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Po kilku minutach drzwi zaskrzypiały , lecz nikt nie wszedł do środka. Zaniepokojony

Piotrek schował sie w kącie, usłyszał czyjeś ciężkie kroki. Do pokoju wszedł upiór. Gdy pielęgniarka wróciła, zobaczyła na łóżku zakrwawiony cylinder z pękniętymi okularami.

      Tydzień po tym wydarzeniu, podczas gdy kolega Piotrka jechał do

szkoły, jego oczy dostrzegły dziwną uśmiechającą się do niego postać

z kapeluszem...

 Szymon Wójcik IIB (op. IM 13/14)


Tajemnica porwania i spotkanie złodzieja

Był smutny, deszczowy dzień. Ania była brunetką, siedmioletnią dziewczynką, którą opuścili rodzice. Pewnego dnia nie wytrzymała. Postanowiła uciec z domu dziecka. Chciała być wolna, jak inne dzieci mieć rodzinę, kochać i być kochaną. Planowała to od dawna, odkładała pieniądze, pożywienie. Tego dnia około godziny 17 uciekła sierocińca. Ania szła ciemną nieoświetloną drogą, trzymając w ręku lampę naftową. Słyszała tylko szelest liści spadających z drzew i szum przejeżdżających samochodów. Nagły, trzask butelki …. Ania upadła na chodnik, tracąc przytomność.

            Gdy się obudziła, był już ranek około godziny 6 . Obudziła się, leżąc w kałuży przykryta liśćmi w parku miejskim przy ulicy Sienkiewicza. Po chwili zorientowała się, że została okradziona. Miała ręce i nogi związane sznurem. Gdy się otrząsnęła, okazało się, że obok niej leży kartka z napisem „ Dobranoc”. Przestraszona postanowiła jak najszybciej uciec z tamtego miejsca. Leżąc, zauważyła szklaną butelkę po lemoniadzie. Postanowiła rozbić butelkę o chodnik, by rozciąć sznury, które coraz bardziej zaciskały się na jej rękach. Mimo bólu, jaki to jej sprawiło, udało się jej wydostać. Ostrożnie wstała i zaczęła szukać pożywienia. Dziewczynka doszła do piekarni, opowiedziała im swoją historię, a w zamian dostała bochenek chleba. Ucieszona postanowiła udać się nad skierniewicki zalew. Tam pożywiła się wcześniej otrzymanym chlebem. Okruszkami nakarmiła kaczki. Tak minął jej cały dzień, aż nastał wieczór.

            Dziewczynka stała przy ul. Zadębie, szukając schronienia, gdyż już drugi dzień padał srogi deszcz. Stała w brudnej, podartej, rozciągniętej czerwonej bluzce i w rozdartych spodniach. Nagle zauważyła, że pewna osoba chce pomóc. Był to pan Adam, który znał wszystkie czarne zakątki głównych przecznic. Nieznajomy zaczął rozmowę.

- Cześć. Dlaczego stoisz tutaj sama ? – Powiedział do niej swym donośnym głosem.                                                                                          
- Gdzie są tata i mama, czemu stoisz tutaj sama ?
– Spróbował jeszcze raz.

     Przestraszona dziewczynka bała się odpowiedzi. Deszcz padał coraz mocniej. Po dłuższym monologu Pan Adam zaproponował Ani, by schroniła się u niego. Opowiadał jej, że mieszka nieopodal, że jest bardzo młoda. Jak tak dalej będzie stać, to niedługo dostanie zapalenia płuc. Ania zrobiła się blada, roztrzęsiona. Cała przemoczona po wielu próbach pana Adama wsiadła do samochodu. Jechali wąską nieoświetloną szosą, lecz Ania nie wytrzymała. Zapytała, dlaczego nie jadą główną drogą. On zaś odrzekł, że tędy będzie szybciej, lecz dobrze wiedział, co się stanie, gdy pojedzie główną drogą. Ludzie go zauważą, a przecież jest poszukiwany. Znów się mu udało. Znalazł kolejną ofiarę. Jak się okazało, był on złodziejem. Wykorzystywał napotkane na ulicach dzieci do kradzieży. Ania coraz bardziej mu ufała, w końcu dojechali. Pan Adam miał ogromny dom. Dał Ani nowe ubrania i zrobił kakao. Nakarmił, a potem położył spać. Ania, pełna zaufania, usnęła, ciesząc się, że znalazła dom, o którym tak bardzo marzyła. Minęło kilka dni, aż w końcu złodziej postanowił, by Ania zaczęła dla niego pracować. Pojechał z nią na wieczorną wycieczkę. Wziął ze sobą łom, a Ani wręczył nóż. Był mały, błyszczący. Ania przerażona włożyła go do spodni. Dojechali do banku, słychać było tylko szum wiatru i szelest liści. Pan Adam opowiedział Ani o całym planie, lecz ona niczego się nie spodziewała. Złodziej kazał Ani pilnować drzwi. Ania przerażona świeciła lampką dookoła. Adam zabrał się do pracy. Niestety, gdy włamywał się do sejfu, wytrych upadł mu na podłogę, załączając alarm. Ania przerażona alarmem zaczęła krzyczeć. Za chwilę miała zjawić się tam policja. Złodziej złapał ją i razem wbiegli do samochodu, postanawiając uciekać, a dziewczynka służyła jako zakładniczka. Wyjechali ze Skierniewic do lasu w pobliżu Bolimowskiego Parku Krajobrazowego. Adam ukrywał samochód. Ania płakała, błagając o pomoc. Nagle zauważyli światła z pobliskiej szosy. Złodziej, rzucając wszystko, postanowił schronić się w pobliskim budynku wodociągów. Wyłamał łomem kłódkę i weszli. Było tam tak ciemno jak na ulicy, kiedy po raz pierwszy Ania uciekła z sierocińca. Dziewczynka obawiała się najgorszego, lecz złodziej zapomniał o jednym, nie przykrył liśćmi bagażnika auta. Nagle otworzyły się drzwi. Zza budynku krzyk! „Stać Policja !”. Pan Adam został obezwładniony. Jak się potem okazało, to nie był jego pierwszy napad z udziałem dzieci. Złodziej planował wywieźć dziecko, jak poprzednie swoje ofiary.

            Ania postanowiła powrócić do domu dziecka. Przez pierwsze kilka tygodni nie mogła sobie poradzić z tym, że nikt nie może dla niej znaleźć prawdziwego domu. Po kilku miesiącach okazało się, że w domu dziecka poszukują właśnie takiej dziewczynki jak ona. Została adoptowana. Dziś mieszka na ul. Kozietulskiego i dołączyła do Szkoły Podstawowej nr 2, gdzie poznała prawdziwych przyjaciół. Dziś już nigdy by nie opuściła domu, przecież ma kochających ją rodziców. Tak kończy się historia małej Ani, a morał, który niesie ze sobą to opowiadanie, brzmi: „Musisz zacisnąć zęby i iść swoją ścieżką. Nie myśl, co było, choć boli ponoć przeszłość”.

                                                                                                                                                                                                                  Patryk Stefankiewicz II B (op. IM 13/14)


 

Detektyw Colin i zaginiona nauczycielka

 

 

 

            Była pełnia księżyca we wschodniej części skierniewickiego zalewu. Na niewielkiej łodzi odbyła się rozmowa pomiędzy Julią Nowak i Morganem Kowalskim:

 

- Nie kocham cię, Morganie, już wybrałam, wracam do męża. Nie chciałam ci tego mówić na twoich urodzinach, ale nie mogę tego dłużej ciągnąć.

 

- Wyjedźmy gdzieś we dwoje, Julio, pogłębimy jeszcze bardziej nasz związek. Może do Paryża, albo na jakieś wyspy tropikalne…

 

- Nie chcę z tobą nigdzie jechać.

 

- Jak sobie chcesz.

 

- Wyznałaś wszystko Erykowi? Czy nikt o nas nie wie ?

 

- To nie jest powód do dumy.

 

- Udajesz, że nic się nie stało ?

 

- Możesz to i tak rozumieć!

 

Po czym Morgan uderzył Julię w głowę butelką od szampana, ciało włożył do metalowej skrzyni i wyrzucił do zalewu.

 

To było tylko wprowadzenie do sytuacji, ale czy detektyw Colin poradzi sobie z rozwikłaniem zagadki ?My już wiemy, kto zabił nauczycielkę, ale nasz detektyw - nie. Musi dowieść również, dlaczego ją zabił, a to nie będzie łatwe.

 

           Detektyw Colin Markus był angielskim, bardzo uczulonym na punkcie porządku, mieszkańcem Skierniewic. Wszystko musiało być na swoim miejscu, nawet przy witaniu się używał chusteczki higienicznej, aby wytrzeć dłonie. Pod tym względem był on uważany za dziwaka. Ludzie nie wiedzieli, w jakiej był sytuacji życiowej. Siedem lat temu jego żona Helen Markus została zamordowana przez złodzieja, którego chciała zatrzymać. Złodziej chwycił broń i strzelił jej prosto w serce. Od tego czasu Colin znacznie się zmienił, ale nie od tego zaczęła się jego kariera detektywa. Przed śmiercią żony pracował w miejskiej policji w Łodzi, wtedy zaczynał swoje pierwsze śledztwa. Po zabójstwie ukochanej długo nie umiał dojść do siebie, aż z pomocą przyjaciółki Jinny został wręcz zmuszony, do założenia agencji detektywistycznej. Detektyw sam by się tego nie podjął. Był on bardzo nieśmiały i trudno mu było podjąć samodzielną decyzję. Jinny sugerowała się słowami swojego dziadka, który powiadał jej: „Skacz. Najwyżej spadniesz na siatkę”. Jinny przekonywała go tym cytatem do działania, trzeba wziąć się w garść i myśleć optymistycznie.

 

Nic nie działo się w biurze Colina. Raz zadzwonił nawet do swojej asystentki, mówiąc:

 

- Jestem przetrzymywany wbrew mojej woli!

 

- Został pan porwany ? Czy coś się panu stało ?!- Powiedziała Jinny z przerażeniem .

 

- Tak, jestem przetrzymywany przez Jinny Portmann, która porównuje mnie do swojego dziadka, którego chętnie zadźgałbym kijem.

 

Po czym Jinny sama zaczęła wątpić, że coś się wydarzy.

 

Do biura niespodziewanie weszła sama Maria Kutkowska z Warszawy, która odwiedziła Skierniewice w sprawach służbowych.

 

- Czyj to dziadek ? I po co szturchać go kijem ?

 

- Dobry z pana detektyw?

 

- Prawie jak Sherlock Holmes, detektyw pierwszej klasy - odpowiedziała Jinny.

 

-To idziemy na zewnątrz, tam stoi mój samochód.

 

Zbliżyli się do auta.

 

- Ten samochód to mój znak firmowy… widzi to pan? Ktoś mocno go zarysował!

 

Detektyw był trochę zdziwiony tą sprawą, ale musiał spróbować ją rozwiązać, żeby opłacić lokal, który wynajmował. Marii znalazła za szybą samochodu karteczkę z napisem „Idź do diabła”. Zaintrygowało to detektywa..

 

Sprawa oficjalnie została przyjęta.

 

Jenny i Colin pojechali na parking przy zalewie, gdzie w feralną noc stał samochód Marii.

 

Detektyw od razu zauważył, że przestępca musiał jechać pod prąd, co było widoczne po miejscu, w którym był zarysowany samochód. Zrobił to najprawdopodobniej dlatego, żeby nie nagrały go kamery, a więc miał coś do ukrycia. Przestępca wiedział, że był obserwowany i zostawił kartkę za szybą samochodu, żeby myślano, że napisał tam swoje dane, by zapłacić za szkodę.

 

Jinny zobaczyła pobliskiego kajakarza, który, jak się wcześniej dowiedziała, bywa tu zawsze o świcie, czyli wtedy… kiedy doszło do uszkodzenia samochodu.

 

- Czy był pan tu wczoraj o świcie ?

 

- Nie, a co was to obchodzi.

 

- Wczoraj byłem we wschodniej części zalewu i jak widzicie mam robotę, glony zaplątały się w wiosło i muszę to świństwo wyjąć, więc dajcie mi spokój.

 

- Naprawdę nic pan nie widział ?! –powiedział Colin.

 

- Czy ty jesteś detektywem, bo nie cierpię detektywów.

 

- Ma pan naszą wizytówkę - powiedziała Jinny, proszę zadzwonić, jak pan sobie coś przypomni.

 

Detektyw wrócił do swojego biura. Po chwili przyszli koledzy z miejscowej policji: kapitan Śliwa i Jacek, którzy przyszli prosić o pomoc w sprawie zamordowanej nauczycielki. Jeden z nich zauważył na ścinku kartki, którą znalazła Marii za szybą swojego samochodu kawałek logo klubu, w którym kiedyś był. Colin nie wiedział, z czym skojarzyć znaczek . Był to ogonek ozdobnej litery „J”, czyli log firmy Jormop - jak zauważył kolega z policji.

 

Detektyw od razu pojechał do tego klubu, by się więcej dowiedzieć. Przed klubem, sprawdzając ponownie logo, ubrudził się lekko w torcie, którego drobinka przykleiła się do karteczki.

 

Detektywa zainteresowało bardziej to, że się ubrudził, niż samo śledztwo, ale pomyślał, że w barze tym musiały odbywać się czyjeś urodziny.

 

Przy wejściu zapytał o to, czy coś się odbywało w tym klubie niedawno:

 

- Czy była tu jakaś impreza w najbliższym czasie ? Czy ktoś wziął z niej tort ?

 

Właściciel baru zdenerwował się zadawanymi pytaniami i wyprosił Colina i Jinny. Kelnerka wyszła za nimi i dowiedzieli się od niej, że tort zabrał niejaki Morgan Kowalski stały bywalec tego miejsca.

 

Tego wieczora Morgan spotkał się z kajakarzem, u którego był Colin. Wiedział on o zabójstwie i żądał większej ilości pieniędzy za milczenie. Przypłacił to życiem. Morgan zabił go metalową rurą, by nie mógł go szantażować.

 

Kolejnego dnia, gdy detektyw przybył wraz z Jinny do przystani przy zalewie, usłyszeli szczekanie psa, poszli za jego głosem i zobaczyli ciało kajakarza w wodzie.

 

W tym czasie detektyw podszedł do łodzi Morgana, na której zauważył glony ze wschodniej części zalewu, czyli tam, gdzie zostały wrzucone do wody zwłoki Julii Kowalskiej. Postanowił rozejrzeć się. Niespodziewanie łódź ruszyła wraz z Colinem. Nieszczęśliwym trafem uderzył głową o ścianę i zemdlał. Obudził się z wycelowanym na siebie bosakiem. Był on w trudnej sytuacji. nagle zakołysało łodzią i obaj panowie upadli na podłogę. Colin bał się wskoczyć do wody i odpłynąć. Wiedział on już, że to Morgan zabił Jeny i że świadkiem tej zbrodni był kajakarz. Colin był w sytuacji bez wyjścia musiał pokonać jeden ze swoich lęków i wskoczyć do wody. Po chwili przypłynęli po niego kapitan i Jinny i wyciągnęli go z wody.

 

Morgana zatrzymała policja.  

 

Colin dowiódł winę Morgana. Zabił on dwie osoby: Julię Nowak i kajakarza. Detektyw tak właśnie rozwiązał jedną ze swoich zagadek.

 

 Wojciech Hanuszkiewicz 2B (op. IM 13/14)

 


 

Tomek na tropie zagadki….

 

W niewielkim mieście Skierniewice żył Tomek. Był on niezbyt wysportowany,

 

lecz inteligentny i spostrzegawczy. Pewnego wieczoru wyszedł od swojego kolegi Kuby, który mieszkał w kamienicy koło ratusza. Tomek, wychodząc, zobaczył trzech lub więcej chłopaków. Jeden z nich krzyknął :

 

-Widział nas ! Łapać go !-głos miał niski i poważny.

 

Tomek, słysząc to, wziął nogi za pas. Kiedy przebiegł kawałek drogi, skręcił w wąską uliczkę i skoczył w najbliższe krzaki, licząc na to, że go nie znajdą. Podczas gdy leżał w zaroślach, obserwował opryszków, którzy go gonili. Jeden z nich kulał na prawą nogę i miał długie włosy. Drugi zaś był łysy, miał bliznę na twarzy i czarny tatuaż na prawej dłoni.

 

Pół godziny później odeszli, więc Tomek mógł spokojnie wyjść i wrócić do domu.
W mieszkaniu zorientował się, że zostawił u Kuby książkę od fizyki.

 

   Nazajutrz po lekcjach poszedł do kolegi i zobaczył coś dziwnego na placu przed ratuszem - nie było ławki profesora Pieniążka. Wszedł do kamiennicy, gdzie mieszkał Kuba, wziął swoją książkę i zapytał go :

 

- Wiesz, co się stało z ławką prof. Pieniążka?- myślał, że kolega może wiedzie co się stało, ponieważ mieszkał dość blisko.

 

-Wiem tylko tyle, że jej nie ma. –wzruszył ramionamiKuba.

 

-Szkoda …

 

Tomek wyszedł i postanowił obejrzeć miejsce, gdzie stała ławka. Zobaczył, że ławka nie została odkręcona i oddana do renowacji, tylko odpiłowana. Poszedł kawałek dalej i zobaczył, że coś się błyszczało w trawie. Kiedy podszedł, okazało się, że to był pierścień z jakimś herbem. Widział już gdzieś ten znak, lecz nie mógł sobie przypomnieć, gdzie. Mijała minuta za minutą, kiedy Tomek w skupieniu przyglądał się miejscu zdarzenia. Około 17.00 postanowił wrócić do domu.

 

     Przez całą noc nie mógł spać – myślał o tym, co się tam mogło wydarzyć i skąd znał symbol na pierścieniu, który znalazł. Następnego dnia spotkał się z kolegami w parku przy scenie (muszli koncertowej), gdzie zobaczył dziwne ślady na trawie. „Jakby ktoś targał  za sobą coś ciężkiego, może tę ławkę ?”- pomyślał . Jednak po chwili odrzucił ten pomysł, bo po co mieliby przynieść aż tu tę ławkę. Około godziny 15.30 chłopcy wzięli rowery i rozjechali się do swoich domów. Tomek także wsiadł na rower i pojechał, ale zamiast

 

do domu - do parku . Liczył, że znajdzie coś, na czym będzie widniał herb z sygnetu. Jechał i nagle zaczął padać rzęsisty deszcz, więc szybko podjechał do muszli, aby się tam schronić. Około godziny 17 przestało padać. Tomek pojeździł jeszcze trochę i wrócił do domu rozczarowany, że nic nie znalazł. Kolejnego dnia wrócił do parku, chcąc ponownie sprawdzić teren. Nawet się nie zorientował, kiedy opuścił park. Szedł dalej i w krzakach znalazł piłę tarczową. Domyślał się , że jest na tropie złodziei ławki. Wszedł w tajemnicze knieje, gdzie korony drzew przysłaniały błękitne niebo i było trudno cokolwiek zauważyć. Nagle usłyszał szelest . Spojrzał na zegarek – była 18.30. W skupieniu nasłuchiwał. Przeraźliwa cisza atakowała zmysły. A potem wpadł na dziwny pomysł:. „Rozłożę namiot”. Mało tego! Rozpalił niewielkie ognisko. Jakaś szaleńcza odwaga i dziwne przeczucie kazały mu tu zostać. Przewidywał, że złodzieje mają broń, więc odszedł od żarzącego się ogniska i wyruszył szukać jakiegoś giętkiego i wytrzymałego długiego kija oraz kilku mniejszych. Wrócił do obozowiska i odłożył na ziemię to, co znalazł, bo zobaczył,
że ognisko zgasło. Dorzucił dwa kawałki drewna i usiadł przy nim. Wziął najpierw długi kij, z plecaka wyjął sznurek i scyzoryk. Była 22 , lecz on ciągle siedział przy ognisku. Zrobił łuk – nie był on co prawda najlepszy, ale zawsze coś do obrony. Naostrzył krótkie patyki
i zrobił z nich strzały. Była północ, a księżyc w pełni świecił na niebie. Zasypał ognisko

 

i położył się w namiocie. Już prawie zasnął, lecz nagle usłyszał niewielki wybuch. Zorientował się, że odgłosy dobiegały z pobliskich zabudowań. Przez najbliższe trzy godziny już nic podejrzanego nie usłyszał, więc pozwolił sobie na krótką drzemkę.

 

   Wstał rano około 6.15, zarzucil łuk przez ramię, strzały wrzucił w torbę zrobioną ze starej szmatki, a scyzoryk do kieszeni i ruszył w stronę lasu. Po wejściu do lasu, szedł lekko wydeptaną ścieżką.

 

Po jakimś czasie zobaczył cegłę z tym samym herbem, który widniał na pierścieniu,
„Wiedziałem, że idę w dobrą stronę”. Przeszedł kawałek drogi i znalazł na ziemi kawałek koszuli. Przypomniał sobie , że jedna z osób, które go goniły, miała ten sam wzór na bluzce. Zdjął łuk z pleców i przygotował się do strzału. Szedł dalej i zobaczył polanę, na której był stary, zniszczony, a zarazem ładny budynek podobny do pałacyku. Usłyszał otwieranie skrzypiących drzwi. Wyszła z nich postać z tatuażem na prawej dłoni. Opryszek wyjrzał        i krzyknął :

 

- Ej, chłopaki ! Zgadnijcie, kto przyszedł. To ten młody, który nas widział tamtej nocy.

 

-No to na co czekasz, bierz go !- odkrzyknął ktoś wewnątrz.

 

Opryszek zaczął biec w stronę Tomka i wtedy poleciała pierwsza strzała, która trafiła

 

w obluzowaną dachówkę. Ta spadła i uderzyła mężczyznę w głowę. Wtedy zemdlał.
Znowu rozbrzmiał się niski glos :

 

- I jak ?

 

- Nie odpowiada ….- powiedział inny z nich.

 

- Widać, że sami musimy się tym zająć

 

Z budynku wyszło dwóch mężczyzn: jeden kulawy z siekierą w ręku, drugi
z pistoletem. Tomek od razu wystrzelił drugą strzałę, która trafiła w rynnę. Ta upadła
i znokautowała bandytę z siekierą. Drugi mężczyzna wymierzył z broni w stronę Tomka,
ale nie zdążył wystrzelić, bo z krzaków wyskoczył ogromny owczarek niemiecki i rzucił się na niego. Dosłownie chwilę później pojawili się policjanci i obezwładnili bandytów. Okazało się bowiem, że też szukali złodziei ławki profesora Pieniążka.

 

W pałacyku odnaleziono łup bandytów, a Tomek otrzymał dużą nagrodę za pomoc
w rozwikłaniu zagadki. Przez kolejne 5 dni pojawiały się artykuły o całej sprawie
w miejscowych gazetach.

 

                                                                                   Jan Zięba kl. II B (op. IM 13/14)

 

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE

Na ucznia…

 

Do szkoły zawsze chętnie chodzimy

W plecakach ciężkie książki nosimy

Szkoła uczy bawi i poznaje

W niej się różne oceny dostaje

W szkole dużo wiedzy pochłaniamy

Dlatego wiele czasu w niej spędzamy

Trzeba się zawsze pilnie uczyć

Aby w przyszłości myślami do szkoły powrócić

 

Eryk Święcicki  IB

   
© ALLROUNDER