Postanowiłam przedstawić Wam historię pewnego mężczyzny, który dla wielu był wzorem do naśladowania. Tą osobą był mój wujek. Marek miał 19 lat. Uczęszczał do 5. klasy Technikum Mechanicznego w Skierniewicach. Cieszył się sympatią wśród rówieśników.

         Należał do harcerstwa, do sekcji żeglarskiej. Pewnego dnia Marek wraz z kolegą wypłynęli na zalew, by sprawdzić sprzęt przed wyjazdem na obóz. Był to czerwiec, upalny dzień. Po zalewie pływali także inni koledzy Marka, z tym samym celem. Na tzw. „drugiej plaży” nad zalewem do dziś przechodzi linia wysokiego napięcia o mocy 15000 v. Ponieważ było gorąco, przewody elektryczne pod wpływem ciepła rozszerzyły się i opuściły niżej. Łódź posiadała aluminiowy maszt, więc kiedy chłopcy przepływali pod przewodami, nastąpiło tzw. przepięcie ( przepływ prądu po aluminiowym maszcie do łodzi). Pod wpływem łuku elektrycznego łódź zaczęła płonąć. Wyładowanie elektryczne spowodowało wyrzucenie kolegi Marka do wody. Sam Marek nie miał niestety tyle szczęścia.

          Zaczął płonąć sparaliżowany przez prąd. Woda była tak naelektryzowana, że martwe ryby wypływały na jej powierzchnię. Chłopcy z innych łódek rzucili się na pomoc koledze Marka, rybacy i reszta chłopaków kombinowali, jak wyciągnąć Marka. Po pewnym czasie wujek znalazł się w wodzie, a niedługo po tym przy pomocy rybaków leżał na brzegu w oczekiwaniu na karetkę. Gdy przyjechało pogotowie ratunkowe, zabrano go do Skierniewickiego szpitala, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy. Obrażenia były rozległe. Miał poparzone ok. 90% ciała. Były to poparzenia 2 i 3 stopnia. Lekarze dziwili się, że Marek wciąż żyje. Po dwóch dniach, został przewieziony do szpitala wojskowego w Warszawie.

         Odbiegając od tematu, wspomnę, że Marek miał piękną, rok młodszą, dziewczynę – Małgosię. Gdy leżał w szpitalu, kończyła 18 lat. Marek poprosił moją babcię, by kupiła jej od niego kwiaty z tej okazji. Następnego dnia Małgosia otrzymała od niej 18 pięknych, czerwonych róż. Małgosia bardzo często odwiedzała Marka w szpitalu, błagając, by jej nie zostawiał, by żył. Jednak pomimo dokonanych przeszczepów skóry i dobrej opieki, jego stan się pogorszył. Po miesiącu zmarł. Na jego pogrzeb przyszło kilka tysięcy osób. Trumna była niesiona przez ludzi, aż ze wsi Ludwików do cmentarza. Pochód ten wyglądał jak pielgrzymka. Marek nie zdążył napisać matury, a miał ogromne ambicje i tyle planów na przyszłość. Kochał dzieci, zawsze był chętny do pomocy, chodził na domówki, lecz nigdy nie pił alkoholu, twierdząc, że on będzie pomagał tym, którzy są uzależnieni. Był niezwykły.

           Natomiast Małgosia pozostała mu wierna i nie wyszła za mąż, twierdząc, że nigdy już nie poznała tak fantastycznego mężczyzny. Dziś Małgosia ma 50 lat. Marek miałby 51. Może mieliby gromadkę dzieci i wnuków, kto wie?! Podobno Małgosię można spotkać popołudniami w dniu Wszystkich Świętych przy grobie Marka smutną i zamyśloną. Koledzy Marka zabierają raz na jakiś czas swoje dzieci na cmentarz i opowiadają o zmarłym druhu, a światło ze zniczy pozwala dostrzec, że nawet oni mają niekiedy wilgotne policzki.

         A mnie ciężko jest myśleć, że to mój wujek nie żyje...i żałuję, że nie mogłam go poznać...

 Nadia Ben Haj Brahem, kl. II C

   
© ALLROUNDER